Panzer III oraz Panzer IV- długość lufy

Dziś wpis o uzbrojeniu głównym niemieckich czołgów Panzer III i Panzer IV z okresu drugiej wojny światowej. Wpis ten zahacza o balistykę wewnętrzną, a konkretnie o to, że długość lufy to nie wszystko.

Ale do rzeczy. Otóż czołg Panzer III zaczął swoją karierę bojową z uzbrojeniem głównym pod postacią armaty KwK 36 kalibru 37 mm. Później dorobił się armaty KwK 38 kalibru 50 mm, która to miała lufę o długości 42 kalibrów. Następnie czołg otrzymał uzbrojenie główne pod postacią armaty KwK 39 kalibru 50 mm, armata ta miała lufę o długości 60 kalibrów. Ostatnia wersja czołgu Panzer III miała armatę KwK 37 kalibru 75 mm.

Skupmy się teraz na różnicach pomiędzy armatą KwK 38 kalibru 50 mm (lufa o długości 42 kalibrów), a armatą KwK 39 kalibru 50 mm (lufa o długości 60 kalibrów). W tym przypadku armata z dłuższą lufą (KwK 39) nadawała pociskom większą prędkość wylotową, a tym samym pociski wystrzeliwane z armaty KwK 39, miały większą przebijalność. Czy jednak większa prędkość wylotowa pocisków, była związana jedynie z zastosowaniem dłuższej lufy? Otóż nie. Powiem więcej, najpewniej dłuższa lufa, była jedynie sprawą wtórną.

Otóż armata z krótszą lufą (KwK 38) strzelała nabojem armatnim 50x289R mm. Natomiast armata z dłuższą lufą (KwK 39) strzelała nabojem armatnim 50x419R mm. Czyli nabój armatni zastosowany w KwK 39, miał dłuższą łuskę, co oznacza większą ilość ładunku miotającego.

Do czego zmierzam? Otóż armata KwK 39 miała dłuższą lufę od KwK 38, najpewniej po to, aby optymalnie wykorzystać większą ilość ładunku miotającego. Przyjmijmy że mamy armatę z lufą o długości dobranej tak, aby w chwili wylotu pocisku z lufy, ładunek miotający był już całkowicie spalony. Przyjmijmy teraz że zastosowano nową armatę, takiego samego kalibru, z lufą o takiej samej długości, ale strzelającą potężniejszym nabojem armatnim (większa ilość ładunku miotającego). Przy takim rozwiązaniu może okazać się że w nowej armacie, w chwili wyloty pocisku z lufy, część prochu będzie pozostawać niespalona. Czyli część prochu poniekąd pójdzie na zmarnowanie, bowiem w klasycznej broni lufowej, ładunek miotający zostaje optymalnie wykorzystany do rozpędzenia pocisku wtedy, kiedy podczas spalania się ładunku miotającego, pocisk jest we wnętrzu lufy.

Oczywiście, dobrze zauważyć że w klasycznej broni lufowej, takiej jak karabin bądź armata, prędkość wylotowa pocisku, to nie jest jego prędkość maksymalna. Po tym jak pocisk już wyleci z lufy, przez wylot lufy wylatują z dużą prędkością gazy prochowe, które to oddziałują na pocisk, dodatkowo go rozpędzając. Ergo, pocisk osiąga swoją prędkość maksymalną w pewnej odległości od wylotu lufy. Trzeba jednak pamiętać że w klasycznej broni lufowej, różnica pomiędzy prędkością wylotową pocisku, a jego prędkością maksymalną, jest bardzo mała.

 

Pisałem o czołgu Panzer III, jednak w Panzer IV występowała zbliżona sytuacja. Panzer IV najpierw miał armatę KwK 37 kalibru 75 mm, z lufą o długości 24 kalibrów. Później czołg Panzer IV dorobił się armaty KwK 40 kalibru 75 mm, z lufą o długości 43 kalibrów. Armata KwK 40 nadawała pociskom znacznie większą prędkość wylotową, względem armaty KwK 37. Jednak w tym przypadku większa prędkość wylotowa również wynikała nie tylko z dłuższej lufy, lecz również z potężniejszego naboju armatniego. Armata KwK 37 strzelała nabojem 75x243R mm, natomiast armata KwK 40 strzelała amunicją 75x495R mm.

Reklamy
Panzer III oraz Panzer IV- długość lufy

Drobne różnice wizualne na polu bitwy

Dziś wpis o broni pancernej, a konkretnie o drobnych różnicach wizualnych, które to mogą mieć znaczenie na polu bitwy. Idzie mi konkretnie o drobne różnice wizualne pomiędzy poszczególnymi wersjami czołgów. Ale do rzeczy, przykładowo, był sobie radziecki czołg średni T-34 (T-34-76) z okresu drugiej wojny światowej. Wozy tego typu miały zazwyczaj jeden peryskop panoramiczny (panoramiczny przyrząd obserwacyjno-celowniczy), umieszczony na stanowisku dowódcy. Jednak były też wersje czołgu T-34, gdzie obok peryskopu panoramicznego umieszczonego na stanowisku dowódcy, był też drugi peryskop panoramiczny, znajdujący się na stanowisku ładowniczego (peryskop panoramiczny umieszczony na stanowisku ładowniczego pełnił jedynie rolę przyrządu obserwacyjnego). Jednocześnie te czołgi T-34, które to miały dwa peryskopy panoramiczne umieszczone na wieży, często pełniły rolę wozów dowódczych. Pisząc o wozach dowódczych, mam na myśli wozy, którymi to poruszał się dowódca pododdziału. Do czego zmierzam? Otóż podobno były przypadki, kiedy to Niemcy najpierw otwierali ogień do tych czołgów T-34, które to miały dwa peryskopy panoramiczne umieszczone na wieży, a dopiero później do wozów z jednym peryskopem panoramicznym na wieży. Robili tak, aby najpierw pozbyć się wozów dowódczych, czyli wozów najważniejszych. Aby temu zaradzić, Sowietom zdarzało się montować na tych czołgach T-34, które to miały jeden peryskop panoramiczny, atrapę drugiego peryskopu. Ot, jeśli w pododdziale wszystkie czołgi wyglądały na wozy z dwoma peryskopami panoramicznymi, to wróg nie wiedział do którego czołgu strzelać najpierw.

Jednak problemy wynikające z drobnych różnic wizualnych to nie tylko T-34. Inny przykład na to że drobne różnice w wyglądzie mogą mieć znaczenie na polu bitwy, to radziecki czołg lekki T-26 i radzieckie kołowo-gąsienicowe czołgi szybkie serii BT. Otóż zarówno w przypadku czołgów T-26, jak i w przypadku czołgów BT, występowały egzemplarze z anteną poręczową umieszczoną na wieży. Owa antena poręczowa stosowana była na wozach dowódczych i miała na tyle charakterystyczny wygląd, że wskazywała przeciwnikowi który wóz jest najważniejszy- czyli do którego wozu strzelać najpierw. Sytuacja analogiczna jak w przypadku T-34 z dwoma peryskopami panoramicznymi na wieży.

Jak na razie były jedynie przykłady z frontu wschodniego. Czas na coś z zachodu! Otóż podczas drugiej wojny światowej, armia brytyjska, obok zwykłych czołgów M4 Sherman, uzbrojonych w armatę M3 kalibru 75 mm, używała czołgów Sherman Firefly. Czołgi Sherman Firefly to były wozy przezbrojone przez Brytyjczyków w armatę 17 funtową (17 pdr), która to była znacznie bardziej efektywna przeciwko pojazdom pancernym przeciwnika, względem armaty M3 kalibru 75 mm. Przezbrojenie niektórych Shermanów w armatę 17 pdr to był w mojej ocenie dobry pomysł, jest jednak pewne wizualne ale. Otóż armata 17 funtowa miała zdecydowanie dłuższą lufę względem armaty M3 75 mm. Dodatkowo armata 17 pdr miała hamulec wylotowy, podczas gdy armata M3 75 mm hamulca wylotowego nie miała. Czyli Shermany Firefly można było łatwo odróżnić od słabiej uzbrojonych Shermanów (wozy z armatą M3 75 mm). Podobno owa różnica wizualna powodowała, że Niemcy najpierw strzelali do Shermanów Firefly, a dopiero później do wozów uzbrojonych w armatę M3 75 mm. W sumie to nie dziwne- podczas starcia dobrze najpierw pozbyć się najlepiej uzbrojonych czołgów przeciwnika, czyli wozów stanowiących największe zagrożenie. Próbowano jednak temu problemowi zaradzić- można znaleźć zdjęcie czołgu Sherman Firefly stylizowanego na wóz słabiej uzbrojony niż w rzeczywistości. Na czym polegała owa stylizacja? Otóż na środku lufy umieszczono atrapę hamulca wylotowego, a jednocześnie końcowa część lufy została pomalowana na jasny kolor. Czyli lufa wyglądała na krótszą niż w rzeczywistości.

 

Jak na razie pisałem jedynie o broni pancernej, jednak spotkałem się z tezą że i w przypadku broni strzeleckiej, drobne różnice wizualne mogą mieć znaczenie.  Mam na myśli tezę, zgodnie z którą to dobrze, jeśli strzelec wyborowy uzbrojony jest w karabin, wyglądający podobnie do zwykłego karabinu piechoty. Dzięki takiemu rozwiązaniu przeciwnikowi ma być trudniej odróżnić strzelca wyborowego od zwykłego żołnierza, czyli mają spadać szanse na to że przeciwnik skupi ogień na strzelcu wyborowym. Trudno mi jednak ocenić na ile istotne są różnice wizualne pomiędzy karabinem wyborowym a standardowym karabinem piechoty.

 

Drobne różnice wizualne na polu bitwy

Wietnam na wyspie Wolin

Dziś wpis o…. kinematografii. A konkretnie o pewnym filmie o wojnie w Wietnamie. Ale do rzeczy, pewnie większość czytelników tego bloga widziało jakiś film o wojnie wietnamskiej. Takie filmy jak Czas apokalipsy, Pluton, czy choćby Full Metal Jacket, trwale zapisały się w historii kina. Jednak podejrzewam że mało kto słyszał o filmie Nie ma powrotu Johny. W mojej ocenie jest to film bardzo interesujący, bowiem został on nakręcony… w Polsce! A konkretnie na wyspie Wolin. Reżyserem filmu był Kaveh (Kaweh?) Pur Rahnama, irański student uczący się w łódzkiej filmówce (film powstał jako jego praca dyplomowa).

Nie ma powrotu Johny został nakręcony w 1969 roku, czyli za czasów późnego Gomułki. Oznacza to że filmowcy mieli ograniczony dostęp do amerykańskiego sprzętu wojskowego. Stąd też amerykańscy żołnierze nie są uzbrojeni w archetypiczną broń z okresu wojny w Wietnamie (karabinek automatyczny M16, karabin maszynowy M60), lecz w broń drugowojenną (pistolety maszynowe Thompson, ręczny karabin maszynowy wzór 1928).

Nie jest jednak tak źle- przykładowo, w filmie pojawia się śmigłowiec. Jest to radziecki Mi-4 z eleganckim napisem MARINES. Jednocześnie śmigłowiec ten, pod względem wyglądu, bardzo, ale to bardzo przypomina amerykańskie śmigłowce Sikorsky H-19 i Sikorsky H-34. Powiem więcej- uważam że nawet wśród miłośników wojskowości, można znaleźć sporo osób, które nie będą w stanie rozróżnić Mi-4 od H-34 (bądź H-19). Dodam że przynajmniej H-34 był używany podczas wojny wietnamskiej. Jednym słowem- dobry wybór.

 

wietnam_wolin_heli_1m

Dzielni Marines przylatują radzieckim śmigłowcem Mi-4

 

W filmie pojawia się scena desantu ze śmigłowca. Jednocześnie, w filmie Nie ma powrotu Johny, operatorem kamery był Sławomir Idziak. Ten sam który wiele lat później pracował przy filmie Black Hawk Dawn (Helikopter w ogniu). Kto wie- może doświadczenie zdobyte przez Idziaka podczas kręcenia Nie ma powrotu Johny, przyczyniło się do sukcesu filmu Black Hawk Dawn.

 

W filmie występuje motyw załogi amerykańskiej łodzi patrolowej. Niby nic takiego, ale zauważmy pewną ważną rzecz- jakieś 10 lat później względem Nie ma powrotu Johny, amerykański reżyser, Francis Ford Coppola, nakręcił słynny film Czas apokalipsy. W filmie amerykańskim też jest motyw załogi amerykańskiej łodzi patrolowej! Czyżby Coppola wzorował się na polskim filmie? Cóż- chyba jednak nie. Tak na marginesie- w polskim filmie najpewniej wykorzystano radziecką łódź motorową NKŁ-27.

 

wietnam_wolin_lodz_1m

Wojna w Wietnamie. Amerykańska łódź patrolowa. Czyżby „Czas apokalipsy”? Ależ nie- to „Nie ma powrotu Johny”!

 

Na zakończenie- Nie ma powrotu Johny nie był filmem wysokobudżetowym. Tym samym film polecam głównie tym czytelnikom mojego bloga, którzy lubią różne dziwne i nietypowe twory filmowe. Reszta czytelników może być niestety zawiedziona seansem. W chwili pisania wpisu, film można obejrzeć na pewnym znanym polskim portalu udostępniającym filmy. Więcej o filmie Nie ma powrotu Johny można dowiedzieć się na portalu Pomeranica.pl.

 

Wietnam na wyspie Wolin

Broń palna pod wodą

Dziś wpis o broni palnej, a konkretnie o tym czy broń palna działa pod wodą. Przy czym pisząc o broni palnej, mam na myśli zwykłą broń palną, przeznaczoną do walki na lądzie. Nie mam na myśli konstrukcji specjalnie zaprojektowanych do użycia pod wodą, takich jak pistolet SPP-1 bądź karabinek APS. A zatem- czy zwykła broń palna jest w stania działać pod wodą? Aby odpowiedzieć na to pytanie, przytoczę pewne zdarzanie, jakie miało miejsce w Polsce lat 90.

Otóż w latach 90., na Mazurach, doszło do sytuacji, w której kłusownicy zaatakowali funkcjonariuszy Państwowej Straży Rybackiej. Strażnicy zostali zaatakowani na jednym z mazurskich jezior, kiedy to płynęli łódką. Podczas ataku jeden z kłusowników wciągnął do wody funkcjonariusza i zaczął go topić. Podtapiany funkcjonariusz oddał pod wodą strzał ze swojego pistoletu, lecz strzał nie poskutkował. Podtapiany strażnik oddał więc drugi strzał- tym razem skuteczny. Po oddaniu drugiego strzału napastnik przestał topić strażnika, a następnie owy kłusownik popłynął do brzegu, skąd został zabrany przez swoich kompanów. Jakiś czas później napastnik został znaleziony w szpitalu z raną postrzałową prawego podudzia. Postrzał doprowadził do wieloodłamkowego złamania kości piszczelowej.

Dodam że strażnik uzbrojony był w polski pistolet P-64, czyli 9 mm pistolet wzór 1964. Jest to działająca na zasadzie odrzutu zamka swobodnego broń samopowtarzalna, strzelająca radzieckim nabojem 9×18 mm. Nabój ten określany jest potocznie mianem nabój Makarowa bądź 9 mm Makarow, od Pistoletu Makarowa, który jest najbardziej popularną bronią strzelającą owym nabojem. Trzeba jednak pamiętać że konstruktor Pistoletu Makarowa, Nikołaj Makarow, nie skonstruował naboju 9×18 mm. Nabój został skonstruowany przez Borysa Siemina.

Wróćmy jednak do mazurskiego zdarzania. Sprawa trafiła do sądu, który to zwrócił się z zapytaniem do Wojskowego Instytutu Technicznego Uzbrojenia (WITU), czy możliwe jest oddanie pod wodą dwóch strzałów z pistoletu P-64. Przeprowadzone w WITU doświadczenie wykazało, że zanurzony w wodzie pistolet P-64, przeładowuje się poprawnie po oddaniu strzału. Czyli możliwe jest oddanie pod wodą dwóch strzałów z takiego pistoletu. Dodam że podczas doświadczenia pistolet zanurzony był w wodzie na głębokość 20 centymetrów, a woda miała temperaturę 12 stopni Celsjusza. Jednak obie te informacje raczej nie mają istotnego znaczenia.

Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia jednak na tym nie poprzestał. W instytucie postanowiono również sprawdzić, czy pocisk wystrzelony z trzymanego pod wodą pistoletu P-64, jest w stanie doprowadzić do takich obrażeń, jakie występowały u kłusownika. Aby to sprawdzić, najpierw oddano pod wodą strzał z pistoletu P-64, do deski sosnowej o grubości 25 mm. Podczas testu, pomiędzy wylotem lufy pistoletu a deską, była odległość wynosząca 0,5 metra (owe pół metra uznano za maksymalną odległość z jakiej mógł paść strzał oddany pod wodą przez strażnika). W wyniku podwodnego testu pocisk wbił się w deskę na głębokość 12 mm. Następnie testy napowietrzne wykazały że wystrzelony z pistoletu P-64 pocisk, wbijający się w deskę sosnową na głębokość 12 mm, ma prędkość wynoszącą 140 metrów na sekundę i energię kinetyczną 94 Jouli na centymetr kwadratowy. Po zakończeniu testu uznano że taka energia jest wystarczająca do zadania obrażeń występujących u kłusownika. Testy przeprowadzone w WITU potwierdziły więc prawdziwość zeznać strażnika.

Tutaj nadmienię iż czasami uznaje się że aby pocisk był w stanie skuteczne porazić cel żywy, powinien mieć w momencie uderzenia energię kinetyczną wynoszącą co najmniej 150 Jouli na centymetr kwadratowy. Z drugiej jednak strony, za niebezpieczne dla człowieka uważane są już pociski i odłamki, mające energię kinetyczną wynoszącą ponad 19,6 Jouli na centymetr kwadratowy, przy założeniu że masa pocisku bądź odłamka jest nie mniejsza niż 0,2 grama (pocisk z radzieckiego naboju 9×18 mm ma masę wynoszącą około 6 gram).

Reasumując, przynajmniej niektóre wzory lądowej broni palnej są w stanie poprawnie działać pod wodą. Jednocześnie przynajmniej niektóre pociski projektowane pierwotnie do użytku lądowego, zachowują skuteczność podczas strzelania podwodnego, zakładając bardzo małą odległość pomiędzy wylotem lufy a celem.

Na zakończenie, wpis napisałem na podstawie artykułu Strzały pod wodą. Artykuł ten, napisany przez Andrzeja Kowalczyka, zamieszczony został w Magazynie Strzeleckim Colt, numer 5-6 1995.

Broń palna pod wodą

Czołgowy napęd przedni- nogi kierowcy

Dziś wpis o pewnym rozwiązaniu, które to występowało w czołgach charakteryzujących się czołgowym napędem przednim. Pisząc o czołgowym napędzie przednim, mam na myśli rozwiązanie, gdzie silnik znajduje się w tylnej części wozu, a skrzynia biegów w części przedniej. Z przodu kadłuba, razem ze skrzynią biegów, znajduje się mechanizm skrętu, przekładnie główne i koła napędowe. Poniżej rysunek przedstawiający czołg charakteryzujący się czołgowym napędem przednim:

czolg_przod_nogi

Na powyższym rysunku, w tylnej części wozu, widzimy silnik (kolor szary). W przedniej części wozu, pomiędzy czerwonym a różowym czołgistą, znajduje się skrzynia biegów (kolor niebieski). Za skrzynią biegów umieszczono sprzęgło główne (kolor jasnofioletowy). Pomiędzy sprzęgłem głównym a silnikiem znajduje się wał napędowy (kolor ciemnofioletowy). Przed skrzynią biegów umieszczona została przekładnia kątowa (kolor brązowy). Od przekładni kątowej odchodzą dwie półosie (kolor różowy), z czego jedna znajduje się przed czołgistą czerwonym (kierowca), a druga przed czołgistą różowym (strzelec kadłubowego kaemu). Każda z różowych półosi zaznaczona została dodatkowo różową strzałką. Różowe półosie przekazują moc do elementów pełniących rolę mechanizmu skrętu (kolor zielony). Następnie moc zostaje przekazana do przekładni głównych (kolor pomarańczowy), po czym moc idzie do kół napędowych (kolor żółty).

Na powyższym rysunku, przy pomocy różowych strzałek, zaznaczyłem różowe półosie znajdujące się pomiędzy przekładnią kątową, a elementami pełniącymi rolę mechanizmy skrętu. Zrobiłem to nie bez powodu. Otóż owe półosie odgrywają istotną rolę w dzisiejszym wpisie. Jeśli przyjrzeć się powyższemu rysunkowi, stopy czołgistów kadłubowych znajdują się za owymi półosiami. Czyli następuje wzrost odległości pomiędzy kierowcą, a przednią krawędzią kadłuba. Oznacza to jednocześnie spadek odległości pomiędzy kierowcą, a przedziałem bojowym. Gdyby przesunąć kierowcę bardziej do przodu, można by zwiększyć odległość pomiędzy kierowcą, a przedziałem bojowym, a tym samym uzyskać w tym miejscu dodatkową przestrzeń. We wnętrzu owej dodatkowej przestrzeni zlokalizowanej pomiędzy stanowiskiem kierowcy, a przedziałem bojowym, można by coś umieścić- przykładowo, amunicję armatnią. Oczywiście, wszystko to co napisałem tyczy się również strzelca kadłubowego karabinu maszynowego.

Jest jednak pewien problem- jak przesunąć kierowcę bardziej do przodu, skoro tuż przed stopami kierowcy, znajdują się różowe półosie? Otóż jest na to rada! Można kierowcę umieścić w taki sposób, aby końcowa część jego nóg, przechodziła pod różową półosią. To samo da się zrobić ze strzelcem kadłubowego kaemu. Poniżej rysunek przedstawiający o co mi chodzi:

czolg_przod_nogi_2

Na powyższym rysunku czołg oznaczony cyfrą 1 ma stopy kierowcy i strzelca kaemu zlokalizowane za różowymi półosiami, natomiast w czołgu oznaczonym cyfrą 2 końcowa część nóg kierowcy i strzelca kadłubowego kemu przechodzi pod różowymi półosiami.

 

Jak widać na powyższym rysunku, umieszczenie kierowcy w taki sposób, aby końcowa część jego nóg przechodziła pod różową półosią, spowodowało wzrost odległości pomiędzy stanowiskiem kierowcy, a przedziałem bojowym. Tutaj jednak można zadać następujące pytanie- czy rozwiązanie zaprezentowane na powyższym rysunku, w czołgu numer 2, występowało w realnie istniejących czołgach? Otóż okazuje się że tak! W niemieckim czołgu średnim Panzer V Panther (Pantera) z okresu drugiej wojny światowej, stanowisko kierowcy było zlokalizowane mniej więcej tak, jak w czołgu numer 2, zaprezentowanym powyżej. Dodam że w Panterze, pomiędzy stanowiskiem kierowcy a przedziałem bojowym, znajdowały się umieszczone pionowo naboje armatnie. To samo tyczy się przestrzeni pomiędzy strzelcem kadłubowego kaemu a przedziałem bojowym (tam też była amunicja armatnia).

 

Oczywiście, rozwiązanie z końcową częścią nóg kierowcy przechodzącą pod półosią, nie musi służyć zwiększeniu odległości pomiędzy siedziskiem kierowcy, a przedziałem bojowym. Przynajmniej w niektórych czołgach z czołgowym napędem przednim można by takie rozwiązanie wykorzystać do skrócenia przedziału kierowania, a tym samym do zmniejszenia długości kadłuba. Krótszy kadłub oznacza mniejsze wymiary czołgu, a mniejsze wymiary czołgu to lepszy stosunek masy do poziomu ochrony pancernej. Ot, mniejszy czołg może być albo lepiej opancerzony (względem czołgu większego) przy tej samej masie wozu, albo mieć mniejszą masę przy tym samym poziomie ochrony pancernej.

 

 

 

Czołgowy napęd przedni- nogi kierowcy

Broń palna- ciekawy eksperyment

Dziś wpis na temat pewnego eksperymentu, dotyczącego odrzutu broni palnej. Ale do rzeczy, najpierw zastanówmy się, skąd bierze się odrzut broni palnej. Otóż podczas strzału gazy prochowe oddziałują nie tylko na pocisk, lecz również na denko łuski, a poprzez denko łuski na czółko zamka. Zakładając że zamek jest zaryglowany, oddziaływanie gazów prochowych na czółko zamka, oznacza oddziaływanie gazów prochowych na całą broń. Ujmując to inaczej, gazy prochowe powodują nie tylko ruch pocisku do przodu, ale również ruch całej broni do tyłu. Ruch broni do tyłu, czyli odrzut. Zakładam oczywiście że broń ma klasyczny układ miotający, a nie układ rakietowy bądź bezodrzutowy. Ot, zakładam że dyskutujemy o klasycznej broni lufowej, takiej jak karabin bądź armata.

W typowej broni lufowej, masa pocisku jest znacznie mniejsza, względem masy broni. Tym samym to nic dziwnego że w wyniku oddania strzału, pocisk porusza się do przodu ze znacznie większą prędkością, względem prędkości z jaką broń porusza się do tyłu. Jednak co by było gdyby pocisk miał taką samą masę jak broń? Cóż, wydawać by się mogło, że w takim przypadku, po oddaniu strzału, prędkość pocisku powinna być taka sama, jak prędkość broni. Czy jednak tak jest? Aby odpowiedzieć na to pytanie, przytoczę eksperyment, przeprowadzony przez brytyjski magazyn Field. Dodam że eksperyment ten został przeprowadzony wiele lat temu- albo w XIX wieku, albo na początku XX wieku.

Na czym polegał ten eksperyment? Otóż opracowano lufę o kształcie cylindra, do której włożono ładunek miotający (proch) i pocisk o kształcie walca. Masa pocisku (walca) była taka sama jak masa lufy. Załadowaną prochem i pociskiem lufę położono poziomo na ruchomych wałkach (rolkach). Po odpaleniu ładunku miotającego okazało się że lufa poleciała na odległość wyraźnie większą względem odległości na jaką poleciał pocisk. Przeciętnie lufa leciała na odległość o 57% większą względem odległości na jaką leciał pocisk.

 

Czemu jednak tak było? Przecież wydawać by się mogło, że po oddaniu strzału, pęd pocisku powinien być równy pędowi broni. Otóż zgodnie z pracą zatytułowaną Wybrane zagadnienia z podstaw projektowania broni strzeleckiej (autor: Stanisław Kochański), dochodzą tutaj dwa czynniki:

-Czynnik pierwszy, czyli masa ładunku miotającego. W wyniku strzału ładunek miotający zmienia się w gazy prochowe, które to biorą udział w ruchu.

-Czynnik drugi, czyli odrzutowe działanie gazów prochowych. Otóż po wylocie pocisku z lufy, gazy prochowe wylatują z lufy z prędkością większą od prędkości pocisku. Wylatujące z lufy gazy prochowe oddziałują zarówno na pocisk, jak i na broń, przy czym oddziaływanie na pocisk jest niewielkie, natomiast oddziaływanie na broń znaczne. Ujmując to inaczej, w przypadku klasycznej broni lufowej, z powodu powylotowego oddziaływania gazów prochowych, maksymalna prędkość pocisku jest większa, względem prędkości jaką ma pocisk w momencie wylotu z lufy (prędkość wylotowa), lecz jest to nieznaczna różnica. Jednocześnie odrzutowe działanie gazów prochowych powoduje wyraźny wzrost odrzutu. Zgodnie z pracą Wybrane zagadnienia z podstaw projektowania broni strzeleckiej, odrzutowe działanie gazów prochowych to główny czynnik powodujący że w wyniku strzału broń otrzymuje większy pęd od pocisku.

Broń palna- ciekawy eksperyment

Prestiż Marynarki Wojennej

Dziś wpis dość nietypowy- będzie to wpis o wojskowości, lecz nie o sprzęcie wojskowym, a o postrzeganiu marynarki wojennej. Otóż zdarzało mi się spotkać z tezą, zgodnie z którą w wielu krajach, służba w marynarce wojennej, uchodziła i uchodzi za bardziej prestiżową, od służby w wojskach lądowych. Jednocześnie jakiś czas temu przeczytałem książkę, która ową tezę zdaje się potwierdzać. Książką ta to Byłem kamikaze autorstwa Ryuji Nagatsuki. Otóż autor książki wspomina o pogardliwym określeniu zol, jakie stosowali studenci wobec żołnierzy zawodowych. Jednocześnie autor wspomina, że określenie zol było stosowane jedynie wobec tych żołnierzy zawodowych, którzy służyli w wojskach lądowych. Z książki wynika że żołnierze zawodowi służący w marynarce wojennej (a na pewno oficerowie służący w tej formacji) nie byli określani mianem zol. Poniżej fragment książki Byłem kamikaze:

 

„Zol” to była pogardliwa nazwa, którą studenci określali zawodowych wojskowych. Słowo to, pełne lekceważenia, wywodziło się z niemieckiego: „Soldat”…

 

…Chciałbym podkreślić, że pogardliwym mianem „zol” nazywaliśmy wyłącznie zawodowych wojskowych armii lądowej.

 

Na zakończenie, odnośnie książki Byłem kamikaze– książka została napisana przez człowieka, który był pilotem kamikaze, a który to wojnę przeżył. Nie ukrywam że pierwsza połowa książki nieprzesadnie mocno mi się spodobała. Co innego druga połowa książki- ta spodobała mi się znacznie bardziej. Ogólnie rzecz ujmując, nie żałuję że przeczytałem Byłem kamikaze.

Prestiż Marynarki Wojennej